nowozelandzkie siły obronne

March 7th, 2010

Kiedyś wraz z instruktorem jazdy zobaczyliśmy w powietrzu pięć samolotów ćwiczących manewry. “Popatrz”, powiedział, “to jest połowa lotnictwa nowozelandzkiego”.

Przesadził, bo armia NZ nie ma żadnych samolotów bojowych. Ma dwa okręty wojenne i osiem transportowych, jakieś czołgi i Willego Apiatę.

To zdjęcie zrobione przez dziennikarzy w Afganistanie wzbudziło niedawno sensację. Spora część ludności dopiero się zorientowała: chwileczkę, to my walczymy w Afganistanie? Politycy najechali na dziennikarzy, że nie zamazali twarzy narażając w ten sposób żołnierza na niebezpieczeństwo. Inni się przyczepili, że nie ma na sobie hełmu, a powinien. Apiata, który siedzi na Sieci, zamamrotał na Twitterze czy gdzieś tam, że hełm to on wywraca na lewą stronę. Kobiety oszalały i słały mu gorące listy, na co miał czelność się publicznie poskarżyć. Jednym słowem, było wesoło.

Piszę o tym, bo od jutra A. zaczyna pracę w siłach zbrojnych NZ (Defence Technology Agency). Nie będzie oczywiście strzelał, tylko myślał i to nad rzeczami ciekawszymi i stanowiącymi większe wyzwanie niż to, z czym miał do czynienia w sektorze prywatnym, więc jest bardzo zadowolony. (Ja też - rozmowy i biurokracja związana z security clearance ciągnęły się przez wiele tygodni).

Reakcja rodziny była odrobinę niespodziewana. Otóż różne części rodziny niezależnie zrozumiały to tak, że zostajemy na zawsze i że nie można takiej pracy już rzucić, cytuję “no ale teraz to on będzie już własnością państwa”. Nie wiem, skąd się mogło wziąć to przekonanie o istnieniu niewolnictwa i to z udziałem państwa w kraju, do którego ludzie od praw człowieka generalnie nie mają zastrzeżeń. Uspokajam: pozostajemy wolnymi ludźmi.

Nowa praca A. ma liczne korzyści. Poza takimi drobnostkami jak darmowy dostęp do wojskowych obiektów sportowych typu siłownia i basen jest tu duże bezpieczeństwo pracy, którego nie było w małych, przeżywających wahania rynku firmach IT. Ta stabilność pozwala nam zacząć myśleć o tym, żebym ja mogła na jakiś czas przestać pracować, co przy naszej małej skłonności do ryzyka nie było opcją wtedy, gdy tego bezpieczeństwa, mimo niezłych zarobków, nie było.

o próżni kulturowej i wrzucaniu do niej kamyków

March 5th, 2010

Ostatnio w gazecie była wzmianka o ankiecie wśród nastolatków na temat wychowania seksualnego w szkole. Nastolatki poskarżyły się, że pokazuje się, jak zakładać prezerwatywę, ale za mało mówi się o związkach, jak je nawiązywać, jak zrywać, jak przeżywać rozstanie i tak dalej. Cóż, dobrze, że ktoś ich wreszcie zapytał.

Mam wrażenie (między innymi na podstawie pogadania kiedyś z osobą z redakcji jednego z głupawych czasopisemek młodzieżowych, która opowiedziała mi o listach do redakcji) że współczesne nastolatki są bardzo zdezorientowane, albowiem w dzisiejszym świecie nie ma jasnych konwenansów - powszechnie uznanych sposobów na niezobowiązujące pokazanie zainteresowania w sposób pozwalający wyjść z tego z twarzą w razie odrzucenia, pokazanie poważnego zainteresowania, zakończenie związku i tak dalej. Większość pytań do wspomnianej redakcji, jeśli nie dotyczyła seksu, była z gatunku “jak przekazać, że”, “on zrobił to, co chce przez to powiedzieć?”, “czy ona mnie traktuje poważnie”. (Redakcja te listy olewała, bo na większość tych pytań, wobec braku uniwersalnego kodu, nie było jednoznacznych, słusznych dla każdego odpowiedzi.)

W (ciekawej zresztą) książce “Myths, Lies and Downward Stupidity” Johna Stossela jest przytoczona historia o wprowadzeniu do kultury amerykańskiej pierścionka zaręczynowego z diamentem - wprowadzeniu przez, jak można się domyślić, wielkiego producenta tychże. Było to w czasach, gdy Ameryka była kotłem różnych imigranckich kultur i narodowości i nikt nie wiedział, jak się zachować, zwłaszcza w tych delikatnych sytuacjach. De Beers poprzez reklamy i product placement w filmach hollywodzkich wyjaśnił im, że jeśli kochasz kobietę, kupujesz jej pierścionek z błyszczącym kamieniem, a ona go zakłada na palec i w ten sposób jesteście zaręczeni. Proste! Ludność przyjęła to z ulgą i entuzjazmem, nareszcie wiedząc, co i jak robić. Ponieważ im większy kamień, tym większa miłość, De Beers został z wieloma nie sprzedanymi małymi diamentami i wtedy mieli następny pomysł: kiedy obchodzisz którąś tam okrągłą rocznicę ślubu i chcesz ponownie wyrazić swoją miłość, kupujesz żonie pierścionek z wieloma małymi diamencikami. Też się przyjęło. Był to genialny marketing: poprzez zapełnienie próżni kulturowej. (Moje uznanie nie oznacza bynajmniej poparcia: ceny diamentów są sztucznie zawyżane poprzez kontrolę podaży, a kupowanie pierścionka w cenie kilkumiesięcznej pensji, co niektórzy Amerykanie robią pakując się w dług, jest idiotyzmem, nie wspominając o wojnach prowadzonych z powodu diamentów).

Nastolaty niestety nie mogą liczyć na wymyślenie im i wprowadzenie poprzez kampanię w mediach obyczajów romantycznych, bo nie mają tyle kasy, żeby jakiejś firmie się to opłacało (Walentynki, polegające zasadniczo na zorganizowaniu sobie romantycznego wieczoru przez już będące ze sobą pary nie są najwyraźniej wystarczające).

garaż też może być interesujący

March 1st, 2010

W Nowej Zelandii, podobnie jak w USA, bardzo popularna jest rzecz zwana garage sale - urządzenie prywatnej wyprzedaży niepotrzebnych rzeczy w swoim garażu (lub, jak na poniższym zdjęciu, na podwórku).

Odkąd nauczyłam się samodzielnie jeździć samochodem, polubiłam te sprzedaże jako formę spędzania czasu w sobotni poranek, gdy mi się nie chce jechać w busz lub pogoda jest niepewna. Jest to dla mnie rozrywka voyeurystyczna (wojerystyczna?): wleźć komuś do domu (garażu) i zobaczyć jego prywatne graty, zobaczyć, co kupił w życiu, jakie ma książki, jakie naczynia, jakie ciuchy… ujrzenie tej kombinacji właściciela i dużej ilości wszelkiego rodzaju przedmiotów bywa ciekawe i pouczające, zwłaszcza gdy są to przedmioty, wejście w posiadanie których odbywa się z pożądania, a nie z konieczności.

Nigdy nie wiadomo, na co się trafi. W ostatni weekend byłam w garażu zawalonym płytami CD, DVD, starymi kasetami magnetofonowymi i płytami winylowymi. Spadkobierca wyprzedawał zgromadzoną przez dziesięciolecia kolekcję muzyki swojego dziadka, wielbiciela klasyki i jazzu. Ilość nośników była oszałamiająca, na pewno więcej niż tysiąc. A., zgorszony, ale i zadowolony z takiej dobrej ilustracji, powiedział: “Zobacz - to jest właśnie to, czego my NIE chcemy”.

Staram się nie kupować, bo ledwo co odgraciliśmy trochę własne mieszkanie sprzedając niepotrzebne rzeczy na TradeMe i wychodzi mi to dość dobrze. (Zastanawiam się, czy bezinteresowne jeżdżenie po wyprzedażach garażowych dla pooglądania i czasem pogawędzenia, traktowane jako rozrywka, nie oznacza, że już za długo siedzę w Nowej Zelandii.)

wioska pod najbliższym wulkanem

March 1st, 2010

Czasem chodzę na spacer do podnóża najbliższego wulkanu, czyli do wioski Mt Eden (jest to dzielnica Auckland, ale z dumą pamiętająca, że kiedyś była osobną wioską i ma napisane “Mt Eden village” na słupie granicznym).

Mt Eden to jedna z bogatszych dzielnic Auckland, pełna starych kolonialnych willi i sklepów z drogimi rzeczami , ale jej urok polega głównie na knajpach i restauracjach (w zagęszczeniu w NZ rzadko spotykanym) i to, że koło powyższego słupa granicznego stoi butelka, nie jest przypadkowe. Ludzie z okolicznych dzielnic przyjeżdżają tu się napić w dość unikalnej jak na ten kraj atmosferze zamożnej europejskiej wioski. Przy całej swojej tradycji, nie jest to miejsce snobistyczne i bosi, wyluzowani Kiwi w niedbale zarzuconym na siebie byle czym są tak samo mile widziani i obsługiwani jak nienagannie ubrane starsze panie w kosztownej biżuterii.

Typowa biała willa za drzewami:

Widok na wulkan Mt Eden; po prawej stronie widać (na powiększeniu) klinikę lekarską dla kotów.

Inne widoczki z dzielnicy:

A to ja, bo nie tego mam gdzie dokleić, a chciałam się pokazać w nowych okularach.

i tak, po latach, rozpracowałam działanie miejscowej biblioteki…

February 26th, 2010

Zorientowałam się, jak zdobywać z biblioteki książki, które nie są książkami kucharskimi, podejrzanymi ideologicznie poradnikami i trzeciorzędnymi kryminałami czy romansidłami. Otóż można zamawiać je sobie online i sprowadzą je dla ciebie z innej biblioteki, a jeśli wszystkie egzemplarze są wypożyczone, ustawią cię w kolejce. Po jedną z wybranych książek jestem w kolejce dwudziesta druga, a po inną trzydziesta szósta, co przy miesięcznym terminie jednego wypożyczenia (z możliwością przedłużenia) oznacza ponad trzy lata. System ten, jak widać, pozwala na długofalowe planowanie swojego czytelnictwa.

Takie zażądanie zarezerowania konkretnej książki kosztuje dolara, płaconego przy odbiorze. Oznacza to, że biblioteka jest w praktyce płatna (choć symbolicznie), bo bez tego systemu rezerwacji ma się do dyspozycji tylko to, co leży na półkach, a - poza albumami, o których kiedyś z ciepłem wspomninałam - większość tego jest takie sobie; wszystko, co dobre, jest rozchwytywane przez zorientowanych w systemie kolejkowiczów i zarezerwowane na miesiące do przodu. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam niską jakość tytułów na bibliotecznych półkach, źle pomyślałam o użytkownikach, zakładając, że to jest to, co ich interesuje i biblioteka odpowiada na zapotrzebowanie. Jest na odwrót: to jest to, co ich nie interesuje. Oto jak się można pomylić w ocenie nie znając miejscowych obyczajów…

przygoda z Turkiem (Mechanicznym)

February 17th, 2010

Z nudów (w pracy, gdzie nadal nic nie robimy) posiedziałam dwa dni na “Mechanicznym Turku” Amazona.

Mechanical Turk to serwis, gdzie można wykonywać dla zleceniodawców zadania proste, lecz wymagające ludzkiej inteligencji, na przykład dobranie słów kluczowych do zdjęcia czy klasyfikacja bloga. Za wykonanie tych zadań dostaje się zapłatę, która w większości przypadków wynosi centy, nierzadko jeden cent amerykański. Przy takich zarobkach serwis jest atrakcyjny głównie dla ludzi z krajów Trzeciego Świata i z tego powodu (choć “Turkerów” jest sporo także w bogatych państwach, nie wyłączając USA) nazywano MT internetowym sweatshopem i uważano pomysł za kontrowersyjny. To właśnie dowiedzenie się o tych kontrowersjach zainteresowało mnie MT i nakłoniło do zobaczenia tego “wyzysku” na własne oczy.

Moja opinia o ludzkości się pogorszyła, ale bynajmniej nie ze względu na to, że cena rynkowa niektórych zadań wynosi jeden cent.

Na MT jest masa zleceń polegających na “robieniu tłumu”: zarejestrowaniu się na nowym serwisie społecznościowym, napisaniu komentarza na blogu, umieszczeniu ogłoszenia na nowym, darmowym serwisie ogłoszeniowym… Takie rzeczy kosztują zwykle 1 do 5 centów, bo najwyraźniej za taką kwotę są chętni. Oznacza to, że za sto dolców amerykańskich można mieć zarejestrowanych na swojej stronie kilkadziesiąt tysięcy użytkowników z Chin, Indii czy Filipin, a za odrobinę więcej nakłonić ich do aktywności dającej dobrej jakości wrażenie ich autentycznego zaangażowania. Przypuszczam, że z tymi liczbami idzie się potem do inwestorów. Płaci się też za wpisywanie w Google słowa kluczowego i potem klikanie w link do danej strony, często znajdującej się na którejś z rzędu stronie z wynikami, żeby podwyższyć jej ranking.

A… są jeszcze komentarze do blogów. Jeden ze zleceniodawców (tych zleceń, jak i tych z poprzedniego akapitu, nie robiłam, tylko je oglądałam) zażyczył sobie nawet komentarzy “inteligentnych i przemyślanych”. Powstrzymałam się na razie przed umieszczeniem inteligentnego i przemyślanego komentarza w jego blogu, ale zapamiętałam adres na wypadek bycia w złośliwym nastroju.

Było też parafrazowanie zdań, napisanie tego samego innymi słowami. W to się pobawiłam, bo było to dla mnie ćwiczenie angielskiego, ale po zastanowieniu uznałam, że jedyne, czemu to może służyć, to plagiat trudny do odnalezienia przez maszynowe porównywanie tekstu.

Dalej, mniej szkodliwe, ale bardziej żałosne jest kupowanie głosów przez osoby prywatne w różnych trzeciorzędnych konkursach internetowych mających (w teorii) charakter bezinteresownej towarzyskiej zabawy. Najmilsza para, najsłodszy szczeniaczek… Próżność ludzka nie zna granic. Znów, tysiąc głosów na twoje zdjęcie jako najfajniejsze za dziesięć dolarów.

Są też oczywiście zlecenia w pełni uczciwe - transkrypcja nagrania, wypełnianie testów osobowości dla studentów piszących prace, klasyfikacja produktu. Największą przyjemność sprawiło mi wykonanie zlecenia dla pana, który sfotografował się w kilku różnych oprawkach okularów i kazał wybierać, w których najlepiej wygląda oraz zbierał dane demograficzne oceniających typu wiek i płeć. (Ze wścibstwa wyszukałam po nazwisku, którego nie wstydził się podać, kim jest i co robi.) Jednak olbrzymiej ilości zadań, których celem jest zrobienie kogoś w konia nie da się nie zauważyć, nawet po spędzeniu na MT krótkiego czasu.

Handel sam w sobie nie jest zły, ale istnieją rzeczy, które nabierają wartości, gdy są oferowane bez materialistycznych pobudek (jeśli na myśl przychodzi przyjaźń, to tak, na MT jest masa zleceń na “zaprzyjaźnienie się” z kimś na Facebooku) i odzwierciedlają autentyczne preferencje (tak miał działać Google, licząc, ile osób klika na który wynik wyszukiwania i wedle tego korygując kolejność wyników). Kiedy wiara widzów w tę bezinteresowność zapisanych, wybierających dany link czy zaprzyjaźnionych tłumów wpływa na ich własną decyzję o rozstaniu się z pieniędzmi, mamy do czynienia z kłamstwem dla zysku, czynionym łatwym i tanim dzięki obecności na Sieci tłumów zdesperowanych ludzi gotowych zrobić coś dla zarobienia jednego centa. Nie oburzam się na to spotkanie podaży i popytu, lecz staję się (z dużym opóźnieniem?) bardzo cyniczna co do rzeczywistej “popularności” czegokolwiek wśród internautów.

Oburza mnie co innego: dawanie zleceń jest dostępne tylko dla osób i firm znajdujących się w USA, a więc niedostępne dla mnie (a pomysł z okularami był genialny).

o zdobywaniu polskiego jedzenia, w tym kaszy gryczanej

February 10th, 2010

Odkryłam, że kasza gryczana ze słowiańskiego sklepu Skazka jest o około 30% tańsza w ich sklepie internetowym. Jest to wciąż cena nieprzyzwoita jak na kaszę, ale życie stało się lepsze, a raczej stanie się, gdy transakcja dojdzie do skutku, bo zamiast dać mi jak każdy normalny sklep internetowy możliwość zapłacenia na miejscu kartą, obiecali przysłać fakturę na maila, a było to cztery godziny temu (na Sieci to wieczność) i mam tylko “order status: created”.

Kiedyś żebrałam o polskie jedzenie u turystów. Turyści pisali do mnie: przyjeżdżamy. Masz fajną stronę i bloga. Spotkasz się na piwie? A poza tym, przywieźć Ci coś? Jeśli ktoś był na tyle nieostrożny, że zadał to ostatnie pytanie, składałam zamówienie na żurki i tym podobne. Była to bardzo dobra strategia zdobywania polskiego jedzenia (i tania, bo moja gotowość do zwrócenia pieniędzy nieodmiennie spotykała się z odmową). Potem dowiedział się o tym A. i zabronił mi tego, stwierdzając, że prosząc o barszcz robię z siebie pośmiewisko. Kiedy po długim czasie udało mi się skutecznie wyjaśnić, że pomyślenie sobie o mnie absolutnie czegokolwiek przez przelotnie znajomą osobę w zamian za barszcz to transakcja bardzo dla mnie korzystna, sezon turystyczny się już skończył.

… i teraz sprawdzam co pół godziny maila patrząc, czy są jakieś postępy z tym zamówieniem na kaszę. Wczoraj mi się skończyła.

PS. Odwołuję narzekania na czas reakcji Skazki - dzwonili do mnie wkrótce po złożeniu zamówienia, a ja nie wzięłam ze sobą telefonu.

czy za pomoc w aplikacji imigracyjnej do NZ warto płacić? (i ile?)

February 10th, 2010

Znów dostałam pytanie w mailu o korzystanie z usług konsultantów imigracyjnych (w Polsce chyba dość agresywnie się reklamuje niejakie Migration Bureau, które kiedyś spławiłam, gdy chcieli wykorzystywać teksty z mojej strony na swojej stronie, nie oferując za to nic). Po odpisaniu na tamtego maila czuję potrzebę napisania mniej więcej tego samego obszerniej i publicznie, żeby było w Googlach.

Wizy Skilled Migrant, Family, Working Holiday i Work są standardowe, ze sztywnymi wymaganiami, które spełniasz albo nie. Znakomita większość imigrantów, których znam, wyrabiała je samodzielnie. Rządowa strona http://www.immigration.govt.nz zawiera wszystkie informacje, poza tym na Sieci jest masa forów, gdzie ludzie, którzy już przeszli ten proces, bezinteresownie pomagają nowym, odpowiadając na pytania.

Użycie płatnych usług konsultantów może mieć sens, gdy:

1. Ubiegasz się o wizę biznesową, humanitarną, odwołujesz się od decyzji - ogólnie wszędzie tam, gdzie przypadek jest jednostkowy, a nie standardowy.

2. Masz kasę i nie masz czasu. Każdy rodzaj wizy wymaga nalatania się po tłumaczach, notariuszach, urzędach i tym podobnych. Jeśli wolisz zapłacić komuś za bieganie na posyłki niż tracić czas samemu, ma to sens - pod warunkiem, że jesteś świadomy/a, że płacąc za pomoc w uzyskaniu standardowego rodzaju wizy płacisz za latanie na posyłki, a nie wiedzę ekspercką.

Urzędnicy imigracyjni są zasadniczo pomocni i błąd lub pominięcie w aplikacji nie “zawala” jej. Ja w pierwszym rzucie nie wysłałam wszystkich potrzebnych dokumentów, więc napisali do mnie uprzejmy list z prośbą o dosłanie w danym terminie. Chętnie mi też odpowiadano na pytania dotyczące tego, jak ma być np. zrobione tłumaczenie, żeby spełniało ich wymagania. (Oczywiście nie można tam zadzwonić jak do informacji - dopiero, kiedy masz już złożoną aplikację i przypisany numer, masz swojego case officer, którego możesz pytać).

Na pewno istnieją dobrzy konsultanci, ale w tej dziedzinie jest mnóstwo nadużyć, tak że rząd nowozelandzki postanowił jakiś czas temu uregulować branżę wydając licencje i wymagając egzaminów - oczywiście nie ma możliwości ścigać tych działających poza terenem NZ. Poza zdzieraniem wygórowanych opłat, najczęstsze nadużycia to:

- prezentowanie procesu imigracyjnego jako ezoterycznego, skomplikowanego, nie do opanowania dla laików, twierdzenie, że mało ważny błąd czy niedoskonałość może doprowadzić do odrzucenia aplikacji osoby spełniającej wymagania

- wciskanie Nowej Zelandii każdemu, kto się kwalifikuje, żeby zdobyć klienta, bez względu na to, czy jest on rzeczywiście dopasowany do rynku pracy (są zawody będące na Shortage List, ale wymagające długiego procesu certyfikacji czy powtórzenia części studiów; w innych zawodach trzeba mieć znacznie lepszy angielski niż minimalne wymagania egzaminacyjne itp.). Jeden z najnieszczęśliwszych przypadków imigracyjnych, jakie znam, był właśnie ofiarą akwizytorskiego “wciśnięcia” mu NZ przez agenta-konsultanta, który przedstawił mu hiperoptymistyczną wizję… to powinno być karalne.

(Nie jestem przeciwko uczciwym, nie wprowadzającym co do niczego w błąd konsultantom. Gdybym miała przechodzić przez swoją aplikację jeszcze raz, to z chęcią zapłaciłabym komuś za siedzenie w kolejce u notariuszy i użeranie się z urzędnikami, gdyby cena nie była wygórowana jak na taką usługę.)

czy wolno chcieć zatrudnić tylko osoby o nazwisku zaczynającym się na K, czyli o dyskryminacji

February 7th, 2010

Czytam “Myths, lies and downright stupidity” Stossela. Ciekawa książka, zwłaszcza rozdział o edukacji, w jednym miejscu było jednak fałszywe rozumowanie. Mitem jest, że kobiety zarabiają 59% (czy ileś tam) tego, co mężczyźni za tę samą pracę, bo gdyby tak było, wszyscy chcieliby zatrudnić kobiety i mieć 59% kosztów przy takich samych wynikach, pisze Stossel.

Założenie tu jest takie, że właściciele firm kierują się stuprocentowo zyskiem. Może wielkie koncerny tak, ale małe firmy, w których właściciel ma codzienny kontakt z tymi, których zatrudnia, nie zawsze. Gdy podstawowy zysk jest wyrobiony, przedsiębiorcy są gotowi dopłacić (czyli zarobić mniej) w zamian za komfort psychiczny, bo są ludźmi. Jednym z aspektów tego komfortu psychicznego może być stykanie się z jakimś rodzajem ludzi chętniej niż z innym. Robimy to często jako klienci, z kilku dobrze obcinających włosy fryzjerów wybierając tego, z którym nam się najlepiej rozmawia, idąc do knajpy z milszą obsługą czy nawet (w przypadku panów) po prostu z tą biuściastą blondyną za barem. Nikogo to nie oburza i nie powinno. Zatrudniając ludzi, tak samo jest się ich klientem, płaci się im za usługę, którą wykonują i tak samo można kierować się w jakimś stopniu swoim indywidualnym komfortem psychicznym w kontakcie z daną jednostką, jeśli jest się skłonnym za to zapłacić.

Nasza firma miała politykę zatrudniania wyłącznie imigrantów “prosto z tratwy”, ledwo przybyłych i jeszcze nie rozleniwionych Nową Zelandią. Nasza największa konkurencja, mająca około dwukrotnie mniejszą część rynku, zatrudnia wyłącznie Kiwi. Zatrudniali, uwaga, sześciokrotnie więcej osób niż my. Wiedzieli o tej różnicy? Wiedzieli, ale nie zamierzali się zmieniać. Komfort pogadania o wspólnie znanych osobach z prowincjonalnych miasteczek, o rugby, nie obawiania się, czy się kogoś nie obraziło, nie zastanawiania się, czy dwie osoby gadające w obcym języku obgadują mnie i tak dalej był najwyraźniej wart utraconych zysków dla właścicieli. Nasza różnorodność rzeczywiście była momentami związana ze stresem i nieporozumieniami - dla szefostwa (i dla mnie) było to ciekawe, a to, czego można było się przy tej okazji nauczyć, było nabywaniem cennych kwalifikacji, ale większość ludzi nie traktuje tego w taki sposób i woli znane, bezpieczne środowisko. Firmy z polityką rekrutacyjną taką jak nasza są rzadkie i wymóg nowozelandzkiego doświadczenia (co w praktyce oznacza pewnien poziom asymilacji) jest bodajże najczęściej pojawiającym się w tutejszych ogłoszeniach o pracę.

Ja też swoje upodobania mam i jeśli będę kiedyś mieć firmę i zatrudniać ludzi, to - o ile utracone zyski będą do zniesienia i o ile prawo mi tego nie zabroni - jak najbardziej zamierzam kierować się przy zatrudnianiu między innymi tymi upodobaniami.

(Tego typu dyskryminacja skupia się zwykle na kręgach kulturowych, zainteresowaniach, stylu bycia i tym podobnych, nie na płci; kobiety zarabiają statystycznie mniej głównie dlatego, że wybierają niżej płatne a lżejsze prace, są mniej skłonne do zostawania po nadgodzinach i innych form dawania firmie pierwszeństwa przed rodziną, są bardziej nieśmiałe przy domaganiu się podwyżek i pewna ich część robi sobie przerwę w karierze na dzieci.)

TradeMe, czyli moje nowe hobby

February 3rd, 2010

TradeMe, tutejszy największy serwis aukcyjny, ma 2,5 miliona użytkowników w kraju, którego ludność to nieco ponad 4 miliony. Gdy uwzględni się fakt, że 20% z tych 4 milionów ma poniżej 14 lat i że pary często posiadają jedno wspólne konto, ta penetracja rynku robi wrażenie. Przygody na TradeMe to jeden z nowozelandzkich tematów, o których można porozmawiać z nieznajomymi na imprezie, w tym (co nas kiedyś zaskoczyło) z siwiutkimi babciami.

TradeMe pełni ważną rolę społeczną. Opisywałam kiedyś historię z życia o pastorze, który założył w swojej miejscowości non-profit sklep z damskimi majtkami. Ludzie z Auckland i innych większych miast się śmiali, nie będąc w stanie zrozumieć problemu tworzonego przez niemożność zakupu majtek w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, ale wsie chwaliły inicjatywę i zazdrościły. Ja sama nie posiadam wielu rzeczy, których chcę i na które mnie stać, ale wybranie się po które i ich przywleczenie do domu byłoby tak czasochłonne i uciążliwe, że odkrywam, że mogę żyć bez nich.

Tu wkracza TradeMe. Kiedyś sprzedałam palnik gazowy komuś z jakiejś wioski w Southlandzie i dostałam bardzo serdeczne i wylewne podziękowania, które mnie zdziwiły, ale zapomniałam o tym. Ostatnio musiałam się pozbyć ubrań o dwa rozmiary za dużych, żeby zrobić miejsce dla nowych. Były w za dobrym stanie, żeby je wyrzucać, a nie miałam cierpliwości czekać na następną zbiórkę charytatywną. Wystawiłam je na TradeMe z ceną jednego dolara. Ludzie to popodbijali nawet do dwudziestu za sztukę i potem rozesłałam to po nieznanych miejscowościach, których z ciekawości szukałam na mapie, często o długich, maoryskich nazwach. Dostałam gorące podziękowania; jedna pani nawet dopłaciła mi z własnej inicjatywy drugie tyle, bo… zamiast się cieszyć, że kupiła tanio, czuła się winna, że aukcja zatrzymała się na takiej kwocie i że nie dostanę uczciwej ceny za tak wspaniały ciuch. Zatkało mnie. Cała akcja czyszczenia szafy pozostawiła we mnie miłe uczucie spełnienia dobrego uczynku - tak miłe, że chcę jeszcze. Przegrzebałam dom w poszukiwaniu następnych rzeczy, których nie używam i które można sprzedać i martwię się, co będzie, jak mi się skończą.