rząd może użyć siły wtedy i tylko wtedy, gdy…

July 29th, 2010

Libertarianizm ma się na tutejszym uniwerku dobrze - na wykładzie z przedmiotu pt. “Wolność, prawa i sprawiedliwość” wykładowca wyżył się w sposób zaangażowany na płacy minimalnej i nakazie zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodzie jako przykładach tego, czego by nie pochwalał J.S. Mill, którego rozprawę “O wolności” przerabiamy.

Mill wsławił się napisaniem, że rząd (lub społeczeństwo, czy większość) ma prawo ingerować w wolność jednostki tylko i wyłącznie w samoobronie, czyli dla zapobieżenia wyrządzenia przez tę jednostkę krzywdy innej jednostce (nie: sobie samemu).

Ja się z tym zgadzam, ale problemem zawsze była dla mnie granica między wyrządzaniem krzywdy sobie a innym - nikt nie żyje poza społeczeństwem i ono w jakimś stopniu ponosi koszty wyborów jednostki, albo przez finansowaną z podatków różnego rodzaju pomoc, od służby zdrowia po zasiłki, albo przez skutki uboczne, które mogą dotknąć wszystkich, na przykład choroby zakaźne wynikające z brudu mają tendencje się rozłazić po całym świecie, a brak perspektyw spowodowany brakiem podstawowego wykształcenia jest skorelowany z przestępczością. W takich przypadkach w grę wchodzi rachunek ekonomiczny - dać coś czy zmusić do czegoś prewencyjnie, wcześniej, bywa taniej niż radzić sobie później ze skutkami pełnego pozwolenia na własne wybory tym, którzy okolicznościami (np. wychowanie w getcie) są popychani w stronę wyborów szkodzących im i potem społeczeństwu. Większość tych “dobroczynnych” przymusów czy datków państw jest zresztą motywowana właśnie rachunkiem ekonomicznym - albo państwa, albo grupy lobbistycznej na tyle silnej, że przepchnęła swoje postulaty. (Na przykład bogate państwa pomagają Afryce m.in. dlatego, że mają nadzieję na zmniejszenie się napływu zdesperowanych nielegalnych imigrantów, jeśli sytuacja się tam poprawi.)

Milla, mimo występujących gdzieniegdzie niespójności, czyta się dość przyjemnie (po przyzwyczajeniu się do tych wielokrotnie złożonych zdań na pół strony i niespiesznego tempa) i tym, którzy nie zapoznali się jeszcze z tym ważnym w zachodniej myśli tekstem, polecam.

pierogi i komunizm, czyli kultura polska dla Kiwich

July 25th, 2010

Zaprosiliśmy w zeszłym tygodniu Włoszkę z jej srilankańskim partnerem. Włoszka jest też wolontariuszką, przypisaną innej rodzinie uchodźców i tak się poznaliśmy. Kiedy się dowiedziała, że jestem z Polski, opowiedziała o swojej miłości do pierogów i nie dało się odmówić. Polskich pierogów chce też skosztować inny wolontariusz, Chińczyk, bo Chińczycy też mają pierogi, ale inne. W kolejce do pierogów są też Kiwi, którzy podsłuchali. Mam tylko nadzieję, że wieść o miejscu, gdzie można zjeść polskie pierogi nie rozejdzie się szerzej.

Polską szczególnie zainteresowana była S.: zaprosiła nas na kolację i po wstępnej rozmowie ściszyła głos, jakby pytała o coś nieprzyzwoitego i powiedziała: “Opowiedzcie mi o komunizmie…”

Prostując, że sami z racji wieku niewiele mamy własnych doświadczeń, opowiedzieliśmy o kartkach, girlandach papieru toaletowego obnoszonych na szyi i innych “atrakcjach”. Jej dziecko słuchało z rozdziawioną buzią. S., w odpowiedzi na opowieści o braku towarów, opowiedziała nam z kolei o Nowej Zelandii z dawnych czasów izolacji spowodowanej droższą niż dziś odległością i cłami. Ponieważ rynek był mały, w większości branż było niewiele konkurujących ze sobą firm - trzy, dwie, czasem była jedna i wszyscy Kiwi mieli w domu te same urządzenia tych samych marek i nosili podobne zestawy ubrań i butów wybranych z wąskiej oferty. Na zakupy do Australii czy gdzieś dalej latali tylko najbogatsi bogacze. Jest to pewnie jeden z korzeni demokratycznych, bezklasowych postaw Kiwich.

(Jak można było się spodziewać, wolontariusze poznali jak dotychczas swoje kultury nawzajem lepiej niż kulturę Etiopczyków, którym razem pomagamy.)

skutki nie znania języków

July 25th, 2010

Rzadko zamieszczam zabawne filmiki, ale dawno się tak nie uśmiałam, choć ze względu na niszowość nie wiem, czy to  rozbawi każdego. Ten jest z serii “misheard lyrics” - jakie angielskie słowa usłyszał ktoś nie znający łaciny w utworze śpiewanym w tym języku, z uroczymi ilustracjami.

studia cd.

July 21st, 2010

Zaczęłam studia. Na dzień przed pierwszymi wykładami zalogowałam się na swojego uniwersyteckiego maila i zobaczyłam w skrzynce informacje od wykładowców wszystkich przedmiotów odnośnie przygotowania się na pierwsze zajęcia i o materiałach, które leżą na Cecilu. Cecil to e-platforma “wspomagająca naukę”, gdzie każdy przedmiot, na który się zapisałam, ma swoją zakładkę, a w niej materiały, fora dyskusyjne, quizy, zapisywanie się na konsultacje i ćwiczenia i inne bajery. Ponieważ wskoczyłam, i to w ostatniej chwili, na drugi semestr, ominęła mnie prezentacja tego wszystkiego i dobrze, że się sama zorientowałam - byłam przyzwyczajona do tego, że na pierwszy wykład idzie się zielonym i wszystko ci mówią.

Po przeglądzie umieszczonych na Cecilu materiałów i wymogów okazuje się, że na większości zajęć co miesiąc lub dwa trzeba pisać “esej”, który ma spełniać wszystkie wymogi artykułu naukowego, czyli do każdego stwierdzenia ma być przypis z namiarem na cytowaną publikacje naukową - poziom, którego w PLu wymagano właściwie tylko przy pracy magisterskiej - a źródeł ma być dużo, jednym słowem nie da się czegoś takiego napisać bez siedzenia godzinami w bibliotece. Na inne zajęcia, wykład, odebrałam swojego klikera (i kartkę z tekstem pt. “Twój kliker i ty”). Jest to rodzaj pilota pozwalający wysyłać na żywo odpowiedzi na pytania zadane przez wykładowcę w czasie wykładu, pozwalając w ten sposób studentom uczestniczyć w aktywny sposób w wykładzie, na którym siedzi 500 osób. Wyświetlone na ekranie, rosnące w oczach słupki z wynikami takiego natychmiastowego badania opinii publicznej są rzeczywiście widowiskowe.

Obejrzałam to wszystko z pewnym zdumieniem. W Polsce było w miarę lekko na co dzień, z ostrym kuciem przed i w trakcie sesji; sądziłam, że w przypadku przedmiotów skrajnie humanistycznych nie może być trudniej. Moje cztery przedmioty - normalne obciążenie na semestr, “pełny wymiar godzin” - to tylko 12 godzin rzeczywistych zajęć (wykładów/ćwiczeń) i cieszyłam się, że będę mieć masę czasu na jakąś pracę na pół etatu, wolontariat i prace domowe. Okazuje się, że to w rzeczywistości jest 40 godzin i tyle, mówi uniwerek, trzeba poświęcić tygodniowo - 10 godzin na każdy przedmiot - żeby nadążyć z robieniem testów i quizów na Cecilu, wykazywaniem się na forach, pisaniem artykułów i zbieraniem materiałów do nich i resztą i gdy teraz wgłębiłam się w szczegóły, wydaje się, że nie przesadzają. (Okazało się też, że UoA jest w pierwszej pięćdziesiątce uczelni na świecie, jeśli chodzi o studiowanie sztuk pięknych i jestem lekko przerażona tym, w co się wpakowałam.)

Dotarło też do mnie, że taki system studiów - z wybieraniem przedmiotów, koniecznością czytania ciężkich publikacji naukowych już na pierwszym roku i wymaganiem od studenta bardzo dużej własnej, samodzielnie zorganizowanej aktywności jest normą w krajach zachodnich, w każdym razie tych anglojęzycznych. W Polsce było to bardziej podobne do szkoły średniej - słuchanie, wyznaczony z góry plan zajęć, klasówki i egzaminy. Praca do napisania zdarzała się czasami i zwykle była “semestralna”, jedna na semestr, a nie co półtora miesiąca. Zaczynam rozumieć, dlaczego rynek pracy nie zawsze traktuje wykształcenie z krajów o tym “szkolnym” systemie jako pełnowartościowe, mimo że sama ilość materiału do pamięciowego opanowania jest w polskim systemie zdaje się większa.

studia

July 16th, 2010

W następnym tygodniu zaczynam swój pierwszy semestr studiów. Idę na niepraktyczny kierunek humanistyczny na Wydziale Sztuk, którego wybór w czasie tych pierwszych studiów, po ogólniaku, byłby brakiem rozsądku prowadzącym do zasilenia szeregów bezrobotnych, ale teraz mogę sobie pozwolić (bez zaciągania kredytów studenckich) na postudiowanie pół roku dla rozrywki i poszlifowania angielskiego w bardziej abstrakcyjnych dyskusjach. (Nastawiam się na razie na jeden semestr, po którym zobaczę, jak mi się to podoba i czy jest sens ciągnąć to ewentualnie dalej.)

Studia na Auckland Uni są zorganizowane bardzo elastycznie. Student sam sobie wybiera przedmioty mając do dyspozycji wszystko, co jest na wydziale i sam sobie składa z tego plan zajęć. Przedmioty są podzielone na poziom I, II i III - te z poziomu II i III mają zwykle wymaganie uprzedniego zaliczenia jakichś (czasem konkretnych, czasem pewnej ilości) przedmiotów z niższych poziomów. Dla uzyskania dyplomu w danej dziedzinie trzeba zaliczyć ileś przedmiotów w sumie, w tym x przedmiotów z danego kierunku, w tym y na danym poziomie, a x i y, choć różnią się między kierunkami, pozwalają zapełnić sobie ponad połowę czasu swobodnie wybranymi przedmiotami z różnych kierunków.

Pozwala to przygotować się do konkretnego zawodu/specjalizacji lub skupić się na swoich zainteresowaniach. Na przykład ktoś studiujący psychologię (nie bójcie się, nie studiuję psychologii), jeśli chce pracować z więźniami czy trudną młodzieżą, może sobie wziąć kilka przydatnych mu przedmiotów z kryminalistyki, socjologii czy kultur mniejszości nadreprezentowanych w środowiskach problematycznych, a z kolei przyszły psycholog planujący dla siebie karierę w korporacyjnym coachingu może sobie wybrać kilka przedmiotów z zarządzania, edukacji, a nawet praktyczne warsztaty zdolności aktorskich z kierunku teatralnego. Przerwanie studiów na semestr, dwa czy dłużej jest normalne, po prostu podejmuje się kompletowanie swoich przedmiotów i punktów do dyplomu w miejscu, w którym się je przerwało. Pracujący mogą studiować na niepełny etat i zapisać się na przykład na połowę “pełnego obłożenia”, co im wydłuży czas studiów dwukrotnie, ale da pełnowartościowy dyplom studiów dziennych.

Ten system wydaje mi się bardzo dobry. Na swoich polskich studiach miałam masę przedmiotów, które ani mnie nie interesowały, ani nie były przydatne akurat dla mnie, ale przez które trzeba było przesiedzieć (i je zaliczyć) i przez to impreza ciągnęła się całe pięć lat. Podział na specjalizacje dawał wybór zaledwie trzech opcji, a student nie miał żadnej władzy nad godzinami zajęć. Być może w Polsce przechodzą stopniowo na ten popularny na Zachodzie, opisany powyżej system - pamiętam, że jeszcze za moich czasów wprowadzały to, jako wielką innowację pod nazwą studiów międzywydziałowych czy interdyscyplinarnych, pojedyncze uczelnie.

Studia w NZ są płatne, ceny dla studentów “międzynarodowych” są znacznie wyższe niż dla obywateli/rezydentów (zainteresowani mogą sobie sprawdzić na stronie dowolnej uczelni - opłaty za semest różnią się między uczelniami). Istnieją rządowe pożyczki studenckie, które nie są oprocentowane w trakcie studiów, a informacja o nich trafia do skarbówki, która odciąga potem raty spłat, wraz z podatkiem, od zarobków brutto. Ten system egzekwowania spłat działa bardzo dobrze tak długo, jak absolwent jest w kraju i NZ ma problem z ludźmi, którzy po opuszczeniu NZ stwierdzają, że nie zamierzają wracać i przestają spłacać kredyt. Jakiś czas temu próbowano ich nawet odzyskać ogłaszając amnestię (z sankcjami za nie skorzystanie z niej!)

Konieczność spłaty kredytów studenckich nakręca emigrację młodych i wykształconych także z tego powodu, że zarobki są wyższe w Australii, UK i USA, a typowy absolwent chce, co zrozumiałe, spłacić dług jak najszybciej. Wielu z nich planuje wrócić, gdy zarobią dostatecznie dużo, ale potem się za granicą zakochują albo rozsmakowują się w centralnym ogrzewaniu i nie wracają. (Nowa Zelandia jest tu ofiarą swojej anglojęzyczności, która daje emigrantom wybór kilku bogatszych państw, w których mogą znaleźć pracę w zawodzie nie ograniczeni barierą językową lub nie uznawaniem kwalifikacji.) 

dlaczego w Auckland zamiast karetki można wezwać taksówkę

July 14th, 2010

Pytanie z komentarza: 

Hmmm, jestem zaskoczony, że osoby, które przybywają ze statusem “skilled migrant” miewają problem ze znalezieniem pracy. To często się zdarza?

Zdarza się. Kwestia dotyczy głównie skilled migrants z krajów biednych i skorumpowanych (przykładem są Indie). Ich wykształcenie i doświadczenie zawodowe są uznawane przez urząd imigracyjny, ale nie przez pracodawców lub nie dają rady przejść miejscowych egzaminów niezbędnych do pozwolenia na praktykowanie zawodu.

W grę wchodzą tu (wedle mojej oceny) cztery czynniki, których udział w odrzuceniu kandydata przez rynek jest różny w zależności od indywidualnego przypadku.

1. Niewiedza, nieumiejętność weryfikacji CV kandydata przez pracodawców/agencje rekrutacyjne. Np. w Indiach są uniwersytety notowane w międzynarodowych rankingach wyżej niż uniwersytety nowozelandzkie, ale w prowincjonalnej NZ nie są one znane. Jeśli kandydat pracował w środowisku nie-anglojęzycznym, agencja rekrutacyjna lub pracodawca może nie umieć się porozumieć z firmą w celu zdobycia referencji lub może nie wierzyć, że to rzeczywiste miejsce pracy, a nie opłacony lub pomagający po znajomości kumpel.

2. Brak wiary w jakość/przydatność doświadczenia zawodowego i nabytej wiedzy w kontekście nowoczesnej czy miejscowej gospodarki. Kandydaci z “peryferiów” świata mogli nie mieć do czynienia z najnowszym sprzętem używanym w danej dziedzinie, mogli pracować w środowisku mającym znacznie niższe wymagania co do jakości (nawet w Polsce, poza firmami normalnymi  widziałam też takie, doświadczenie zawodowe z których potraktowałabym jako ujemne), sukces mógł zależeć od dobrych stosunków z miejscową władzą w firmie i poza firmą, a nie rzeczywistego sprawdzenia się w warunkach rynkowych. Są też zawody, jak prawnik czy księgowy, gdzie kwalifikacje polegają na znajomości miejscowych przepisów i doskonałe rozeznanie w przepisach innego kraju nie zdaje się na wiele.

3. Za niski poziom angielskiego. Poziom angielskiego wymagany od skilled migrants jest dla wielu zawodów nieadekwatny. Istnieją zawody wymagające posługiwania się tylko wąską terminologią z branży, istnieją wymagające rzeczywistej płynności w języku z rozumieniem akcentu farmera z Południowej Wyspy włącznie. Wymogi imigracyjne tego nie rozróżniają.

4. Konieczność rejestracji w tutejszych stowarzyszeniach zawodowych i/lub zdania egzaminów, żeby móc praktykować zawód lub mieć kwalifikacje uznane przez pracodawców. Dotyczy to np. lekarzy wykształconych w krajach innych niż te z krótkiej listy, nauczycieli, inżynierów budowlanych itp. Czasem przybysze nie zdają egzaminu, czasem nie mają na niego pieniędzy (agenci imigracyjni chcący zdobyć klienta często nie informują o tym wymogu, a ludzie polegający na agencie nie szukają informacji samodzielnie).

Krótki raport o problemie można znaleźć na stronie CAB.

(Ja się dowiedziałam o tym z życia - firma, w której pracowałam, świadczyła usługi samozatrudnionym taksówkarzom, limuzyniarzom itp. Lekarzy, prawników, inżynierów i bankowców było wśród nich na pęczki.)

Polityka imigracyjna NZ bywa krytykowana za nie uwzględnianie wyżej wymienionych czynników przy przyznawaniu punktów, ale ich uwzględnienie wymagałoby dyskryminacji ze względu na kraj pochodzenia, co spotkałoby się z protestami i mogłoby mieć konsekwencje dla stosunków międzynarodowych, więc się tego nie rusza.

kiwiana, czyli od razu wiesz, gdzie jesteś

July 11th, 2010

W ostatnich tygodniach prowadzę intensywne życie towarzyskie z miejscowymi i miałam okazję obejrzeć wiele kiwich wnętrz. Przy takich okazjach nie fotografuje się, ale nie mogłam się powstrzymać przy tym niesamowicie typowym okazie nowozelandzkiej dekoracji.

To popularny tutaj nurt w sztuce przez małe s, mający swoją nazwę: kiwiana. Przepis jest prosty: bierze się elementy unikalnie nowozelandzkie (pohutukawa, paua, tiki, tui, srebrne paprocie itp.) i zlepia się je razem w coś wyglądającego w miarę sympatycznie i niepretensjonalnie, często celowo kiczowato. Nie jest to pamiątka turystyczna - rodowici Kiwi bardzo lubią sobie to wieszać na ścianie (lub stawiać na komodzie - kiwiana istnieje w różnych formach), wyrażając w ten sposób swój patriotyzm i widziałam wiele przykładów tego na własne oczy. 

(Powiększenie pozwala przyjrzeć się wszystkim elementom i odczytać wpisany w obrazek tytuł.)

ryzykowny brak ryzyka

July 11th, 2010

Jeden z moich ulubionych blogerów napisał jeszcze ciekawszy niż zazwyczaj post. Jego główna teza to:

To chcący uniknąć ryzyka, […] wymyślający sposoby na to, żeby inni przejęli ryzyko, które powinno być ich własne zawalili wszystko. W dawnych czasach, jeśli jeden facet pożyczał drugiemu facetowi pieniądze na dom, przyjmował cios, jeśli pożyczkobiorca tego nie spłacił, tak jak to zamierzali Bóg i Adam Smith. Nie dzisiaj. Gdy dziś pożyczkobiorca nie jest w stanie zapłacić, bankierzy nie przejmują się, bo dawno sprzedali dług innemu finansiście, który połączył go z setką innych kredytów i skroił z tego obligacje o niskim ryzyku, odpowiednie dla [najbardziej wystraszonego] inwestora.

Autor łączy (sarkastycznie) unikanie ryzyka z sytością i amerykańskim obżarstwem, ponieważ przeprowadzono badania wskazujące, że ludzie głodni są bardziej skłonni do ryzyka (nawet nie mającego bezpośredniego związku ze zdobyciem jedzenia).

Choć sprowadzanie kwestii do jedzenia jest uproszczeniem (zresztą nie wziętym na poważnie), to duży zasób skłonności do ryzyka w społeczeństwie sprzyja przedsiębiorczości (i przestępczości, ale państwo powinno uczynić tę opcję możliwie nieatrakcyjną). 

Zastanawia mnie w tym świetle polityka imigracyjna NZ. Podobnie jak USA, kraj ten został zbudowany przez ludzi z dużą skłonnością do ryzyka - żeby w dawnych czasach wsiąść na statek i płynąć kilka miesięcy w nieznane pustkowie z nie zawsze przyjazną ludnością tubylczą i praktycznie brakiem możliwości powrotu, trzeba było być strasznym ryzykantem i ta naturalna autoselekcja wyszła stworzonym w ten sposób krajom na dobre.

Dzisiejsza polityka imigracyjna skupia się na sprowadzaniu ludzi z kwalifikacjami zawodowymi, mających dobre szanse dostać zatrudnienie u kogoś. Są to ludzie, którzy wybrali utartą, unikającą ryzyka ścieżkę do względnego komfortu - poprzez wykształcenie i zatrudnienie. Są potrzebni i nieproblematyczni (my jesteśmy ich typowym przykładem), ale wraz z ich przypływem średnia skłonność do ryzyka w społeczeństwie raczej maleje niż rośnie (też jesteśmy typowym przykładem - nie skaczemy na bungee). Może na dłuższą metę jest to groźniejsze, niż się wydaje.

jak doprowadzić widownię do wyobrażenia sobie martwego słonia bez jakiegokolwiek wspominania o nim

July 9th, 2010

Widziałam dzisiaj kolejny raz kapa haka, w wykonaniu zespołu ze szkoły średniej. Starali się.

Haka to taniec wojenny, który w dobrym wykonaniu potrafi przerazić, ale w wykonaniu nie tak dobrym łatwo ociera się o śmieszność i wciskanie haka do każdej możliwej oficjalnej czy pół-oficjalnej okazji - w tym wtedy, gdy nie można sobie pozwolić na profesjonalny zespół - odziera je z wyjątkowości. Ja zostawiłabym haka odgrywane wobec publiczności nie maoryskiej na mecze, przywitania zagranicznych dostojników, ceremonię nadawania obywatelstwa, obchody Waitangi Day i tym podobne sytuacje, a nie na każdą imprezę w remizie strażackiej (lokalnym odpowiednikiem jest War Memorial Hall) - jeśli ludność w spontanicznym porywie zechce ją zatańczyć, to w porządku, ale doprowadzanie do znudzenia tym świetnym tańcem przez zmuszanie do jego nazbyt częstego oglądania mu szkodzi.

Widziałam też dzisiaj bębniarzy z Burundi. Każdy miał duży bęben i dwa patyki i walili tymi patykami w swój bęben szybko, na przemian jednym i drugim patykiem, w równych odstępach; główny bębniarz stojący z przodu czasem przerywał, wykonywał kilka podskoków i krzyczał coś do reszty bębniarzy, a oni mu odpowiadali jednogłośnym, niezrozumiałym okrzykiem, po czym wszyscy wracali do jednostajnego bębnienia. Wyglądało to jak hałaśliwy protest pod ambasadą. Widownia siedziała dość osłupiała, ale występujący tylko się rozgrzewali. Po kwadransie pozbawionego artyzmu łomotu zaczęli wprowadzać wariacje i nowy dźwięk (tworzony przez uderzenie bębna z boku). Rytm stał się odrobinę bardziej skomplikowany, bębniarze byli doskonale skoordynowani i wzbudzili pewien podziw tym, że pamiętają, gdzie uderzyć; audio było jednak wciąż wielkim łomotem, który przeciągał się, a artyści nie przejawiali chęci zakończenia, tylko coraz głębiej wpadali w trans i walili w swoje bębny z wielką siłą.

Widownia po pół godzinie zaczęła się wiercić i spoglądać łakomie na jedzenie rozłożone na stołach, do których będzie można podejść po zakończeniu części artystycznej, a organizatorzy zaczęli nerwowo konferować w kątach sali. Ktoś skomentował: Czyżby im nikt nie powiedział, że występ trwa cztery godziny? Alex powiedział, że ma tytuł: Zmiękczanie Mięsa Zabitego Słonia. W końcu udało się bębniarzy uprzejmie ściągnąć ze sceny. Bawiłam się świetnie, nie tyle bębnami, co całością sytuacji. Nie ma to jak amatorskie programy artystyczne, do których się ściąga, kogo się ma.

Było tego więcej, ale nic z powyższego nie zepsuło wieczoru, bo widownia składała się z osób, które się znały i chciały się spotkać.

Na ostatnim przedstawieniu w teatrze z kolei wynudziłam się. Mamy karnety do Silo (tutejszego “Współczesnego”) i nauczyłam się, jak zidentyfikować dobrą sztukę: po odległości miejsca urodzenia i zamieszkania autora.

Nie żartuję. Jeśli autor jest miejscowy, to z dużym prawdopodobieństwem teatr wystawia sztukę, żeby pomóc koledze - w tutejszym małym środowisku wszyscy się znają. Potem są sztuki australijskie - jak ta, na której się wynudziłam - których wybór też jest chyba dyktowany patriotyzmem regionalnym. Autor bez związków z Oceanią gwarantuje lepszy poziom, a jeśli sztuka jest przetłumaczona z języka obcego, to jest szansa, że będzie świetna.

winz

July 8th, 2010

Praca z uchodźcami pozwala mi poznawać zupełnie nieznane rejony NZ, jak WINZ - Work and Income, opiekę społeczną, w której jestem agentem dla swoich podopiecznych. WINZ ma złą opinię, budzi w przeciętnych Nowozelandczykach grozę i za wzięcie na siebie tej roli spotkało mnie niezrozumiałe uznanie reszty grupy. W praktyce wygląda to tak, że urzędnicy nie okazują na twój widok wielkiej radości i nie uśmiechają się, jak to się dzieje w innych urzędach, a na spotkania można czekać i godzinę po umówionym terminie. Dla Kiwich musi to być szczyt złego potraktowania.

Wszystkiego rodzaju zasiłki są w Nowej Zelandii oparte na faktycznej sytuacji petenta, a nie zasadach formalnych nie biorących pod uwagę stanu majątkowego. (w Polsce - z czasów, które pamiętam - zasiłek dla bezrobotnych przysługiwał po przepracowaniu x miesięcy na umowę o pracę zarabiając co najmniej minimum i mógł go dostać ktoś, kto zarabiał przed zwolnieniem ponad 10 tys. miesięcznie i miał oszczędności pozwalające długo przeżyć bez dochodu. Znam przypadek, że taka osoba go wzięła, “żeby odzyskać choćby część swoich podatków”).

To samo w sobie jest rozsądne, ale brak sztywnych zasad idzie bardzo daleko, co powoduje, że wiele rzeczy jest w praktyce uznaniowych - do case managera należy decyzja, czy kupno czegoś jest “niezbędne”, czy nie, czy jakaś sytuacja to “emergency” (wymagająca natychmiastowej interwencji), czy nie i od organizacji, dla której pracuję w wolontariacie mam opowieści o różnych case managerach, którzy podejmowali różne decyzje w niemal identycznych sytuacjach.

To, że WINZ ma dać kasę, kiedy jej nie masz i rozpaczliwie potrzebujesz, powoduje też nadużycia - ponoć (relacja z drugiej ręki, ale od kogoś, kto zna środowisko zasiłkowców) są ludzie, którzy dostają swój zasiłek we wtorek, przepijają go do czwartku, a w czwartek przychodzą z dziećmi prosząc o grant z tytułu “emergency”, bo dzieci nie mają co jeść i nie ma kasy i zaszantażowawszy w ten sposób dziećmi - dostają go.

Patrząc na ten system wydaje mi się, że zakres i sposób przyznawania zasiłków w NZ został stworzony z myślą o niegdysiejszej (częściowo mitycznej, ale istniejącej w niektórych wsiach i małych miastach) sielankowej społeczności dobrych, pracowitych, odpowiedzialnych ludzi, którym może się - bo takie jest życie - przydarzyć choroba, upadek firmy, zły mąż, który porzuci, śmierć rodziców w trakcie studiów dziecka i inne rzeczy, które przydarzają się dobrym ludziom i wtedy trzeba im pomóc, ale ofiary też zrobią wszystko, żeby się z tego wygrzebać. Jest to system naiwny, który nie przewiduje cynicznego wykorzystywania, choć od dawna wiadomo, że ono ma miejsce. Istnieje niewielka acz widoczna grupa, która z pozbawionego poczucia winy życia z zasiłków świadomie uczyniła trwały styl życia i to dzięki nim bycie na zasiłku (może z wyjątkiem zasiłku studenckiego, dla studentów nie mających środków utrzymania podczas studiów wyższych) jest przez ogół społeczeństwa postrzegane negatywnie i wyrażanie swojej złej opinii o beneficjentach doczekało się nawet swojej nazwy: “beneficiary bashing”. Członków tej grupy mam teraz okazję obserwować podczas tych długich oczekiwań na umówione spotkania służące akceptacji wydatków z grantu przesiedleńczego, ale to temat na kiedy indziej.

W każdym razie moje wrażenie jest takie, że WINZ to państwo w państwie, niekompatybilne z resztą Nowej Zelandii.