Z nudów (w pracy, gdzie nadal nic nie robimy) posiedziałam dwa dni na “Mechanicznym Turku” Amazona.
Mechanical Turk to serwis, gdzie można wykonywać dla zleceniodawców zadania proste, lecz wymagające ludzkiej inteligencji, na przykład dobranie słów kluczowych do zdjęcia czy klasyfikacja bloga. Za wykonanie tych zadań dostaje się zapłatę, która w większości przypadków wynosi centy, nierzadko jeden cent amerykański. Przy takich zarobkach serwis jest atrakcyjny głównie dla ludzi z krajów Trzeciego Świata i z tego powodu (choć “Turkerów” jest sporo także w bogatych państwach, nie wyłączając USA) nazywano MT internetowym sweatshopem i uważano pomysł za kontrowersyjny. To właśnie dowiedzenie się o tych kontrowersjach zainteresowało mnie MT i nakłoniło do zobaczenia tego “wyzysku” na własne oczy.
Moja opinia o ludzkości się pogorszyła, ale bynajmniej nie ze względu na to, że cena rynkowa niektórych zadań wynosi jeden cent.
Na MT jest masa zleceń polegających na “robieniu tłumu”: zarejestrowaniu się na nowym serwisie społecznościowym, napisaniu komentarza na blogu, umieszczeniu ogłoszenia na nowym, darmowym serwisie ogłoszeniowym… Takie rzeczy kosztują zwykle 1 do 5 centów, bo najwyraźniej za taką kwotę są chętni. Oznacza to, że za sto dolców amerykańskich można mieć zarejestrowanych na swojej stronie kilkadziesiąt tysięcy użytkowników z Chin, Indii czy Filipin, a za odrobinę więcej nakłonić ich do aktywności dającej dobrej jakości wrażenie ich autentycznego zaangażowania. Przypuszczam, że z tymi liczbami idzie się potem do inwestorów. Płaci się też za wpisywanie w Google słowa kluczowego i potem klikanie w link do danej strony, często znajdującej się na którejś z rzędu stronie z wynikami, żeby podwyższyć jej ranking.
A… są jeszcze komentarze do blogów. Jeden ze zleceniodawców (tych zleceń, jak i tych z poprzedniego akapitu, nie robiłam, tylko je oglądałam) zażyczył sobie nawet komentarzy “inteligentnych i przemyślanych”. Powstrzymałam się na razie przed umieszczeniem inteligentnego i przemyślanego komentarza w jego blogu, ale zapamiętałam adres na wypadek bycia w złośliwym nastroju.
Było też parafrazowanie zdań, napisanie tego samego innymi słowami. W to się pobawiłam, bo było to dla mnie ćwiczenie angielskiego, ale po zastanowieniu uznałam, że jedyne, czemu to może służyć, to plagiat trudny do odnalezienia przez maszynowe porównywanie tekstu.
Dalej, mniej szkodliwe, ale bardziej żałosne jest kupowanie głosów przez osoby prywatne w różnych trzeciorzędnych konkursach internetowych mających (w teorii) charakter bezinteresownej towarzyskiej zabawy. Najmilsza para, najsłodszy szczeniaczek… Próżność ludzka nie zna granic. Znów, tysiąc głosów na twoje zdjęcie jako najfajniejsze za dziesięć dolarów.
Są też oczywiście zlecenia w pełni uczciwe - transkrypcja nagrania, wypełnianie testów osobowości dla studentów piszących prace, klasyfikacja produktu. Największą przyjemność sprawiło mi wykonanie zlecenia dla pana, który sfotografował się w kilku różnych oprawkach okularów i kazał wybierać, w których najlepiej wygląda oraz zbierał dane demograficzne oceniających typu wiek i płeć. (Ze wścibstwa wyszukałam po nazwisku, którego nie wstydził się podać, kim jest i co robi.) Jednak olbrzymiej ilości zadań, których celem jest zrobienie kogoś w konia nie da się nie zauważyć, nawet po spędzeniu na MT krótkiego czasu.
Handel sam w sobie nie jest zły, ale istnieją rzeczy, które nabierają wartości, gdy są oferowane bez materialistycznych pobudek (jeśli na myśl przychodzi przyjaźń, to tak, na MT jest masa zleceń na “zaprzyjaźnienie się” z kimś na Facebooku) i odzwierciedlają autentyczne preferencje (tak miał działać Google, licząc, ile osób klika na który wynik wyszukiwania i wedle tego korygując kolejność wyników). Kiedy wiara widzów w tę bezinteresowność zapisanych, wybierających dany link czy zaprzyjaźnionych tłumów wpływa na ich własną decyzję o rozstaniu się z pieniędzmi, mamy do czynienia z kłamstwem dla zysku, czynionym łatwym i tanim dzięki obecności na Sieci tłumów zdesperowanych ludzi gotowych zrobić coś dla zarobienia jednego centa. Nie oburzam się na to spotkanie podaży i popytu, lecz staję się (z dużym opóźnieniem?) bardzo cyniczna co do rzeczywistej “popularności” czegokolwiek wśród internautów.
Oburza mnie co innego: dawanie zleceń jest dostępne tylko dla osób i firm znajdujących się w USA, a więc niedostępne dla mnie (a pomysł z okularami był genialny).