komu plastikową palmę?
Thursday, January 7th, 2010Ludzie dyskutują gdzie indziej o Avatarze. Nie włączę się tam, ale wyrażana przez Cyncynata opinia jest także moją.
Nie mam ochoty pisać o filmie, o którym piszą już wszyscy, ale jest jedna drugorzędna, pomijana przez tych, których opinię czytałam, sprawa: nawet ci, którzy krytykują Avatara, uważają, że grafika była super. Technicznie rzecz biorąc tak, ale doszczętnie ją zmarnowano i to na tym, co budzi największy zachwyt: przyrodzie.
Ludzie, których zachwyca przyroda Pandory to ludzie, którzy nigdy nie byli w buszu i widzieli go tylko na sfotoszopowanych obrazkach. Otóż w najbardziej bujnej tropikalnej puszczy są liście zeschłe lub zgniłe, albo nadgryzione przez owady, ścierwa, może obgryzione prawie do kości i dojadane przez robactwo, oraz inne odpady - przyroda je poddaje bardzo efektywnemu recyclingowi, ale nie jest on natychmiastowy i zawsze coś martwo zwisa czy leży, wśród najbardziej nasyconych kolorów jest zawsze ten akcent szarości i zgniłego brązu i dla ludzi rozumiejących ekosystem jest to część piękna natury, która nie jest statyczna, tylko żyje, czyli też je, walczy, umiera.
Nie poszłam na Avatara z negatywnym nastawieniem, miałam szczery zamiar się wczuć, ale to okazało się niemożliwe, gdy pojawiła się puszcza za idealna, przypominająca celowo ustawione plastikowe rośliny doniczkowe bez naturalnych niedoskonałości. Nie wypatrywałam tego typu błędów, ale mimo najlepszych chęci wydawało mi się to za sztuczne, za wiele czasu spędziłam z rzeczywistością. Ma się to jak pornografia do normalnego seksu i jak ciężko sfotoszopowane modelki do zwyczajnych kobiet.
Zachwyty nad tym aspektem filmu świadczą o tym, że ogół publiczności jest totalnie oderwany od przyrody i widywał ją całe życie tylko z daleka, lub na obrazkach, lub w wersji udomowionej i utrzymywanej w “porządku” pracą ogrodników.