czujniki dymu nie lubią ceremonii kawowych
Saturday, June 19th, 2010Ostatnie dni spędziłam na pracy dla uchodźców z nadgodzinami. Tak wyglądał wczoraj nasz dom, który stał się ośrodkiem zbierania i segregowania darów:
Spędziliśmy cały dzień do późnych godzin wieczornych na wożeniu i noszeniu mebli i innych sprzętów - urządzaliśmy trzy domy, a była nas tylko trójka (ja i widoczni na zdjęciu Jonathan i Anneliese), ponieważ był to piątek i nie każdy miał wolne.
Domy socjalne dane uchodźcom wyglądały bardzo przyzwoicie:
Niestety, śmierdziały - farbą, kocim moczem, stęchlizną i niezidentyfikowanym czymś jeszcze. Jest to częsty problem domków socjalnych, których lokatorzy nie mają motywacji, żeby o nie dbać i są często po prostu aspołeczni.
Etiopska rodzina nie jest zadowolona z lokalizacji: ponieważ nie było domów dostatecznie dużych, żeby pomieścić siedmioosobową rodzinę, rozbito ją na dwie części w domach oddalonych od siebie o około 4 kilometry - mało, jeśli ma się samochód, ale minie wiele czasu, zanim oni będą mieć samochód i pozostaje im chodzić do siebie godzinę w jedną stronę. Jest to też za daleko od kościoła, który jest dla nich bardzo ważny. Cóż: im szybciej zaczną zarabiać własne pieniądze, tym szybciej będą mogli sami sobie wybrać miejsce zamieszkania i to dobrze, że będą mieli do tego dodatkową motywację. Kiedy zobaczyli, jak dla nich umeblowaliśmy domy, byli bardzo szczęśliwi. Darczyńcy stanęli na wysokości zadania.
Zaproszono nas na słynną etiopską ceremonię kawową. Pytaliśmy podczas kursu, skąd będą mieć sprzęt i usłyszeliśmy, że mają własny: sprzęt do kawy należy dla Etiopczyków do tych niezbędnych do życia przedmiotów, które zawijają w tobołek musząc uciekać.
Wykonanie ceremonii kawowej w warunkach zachodnich napotkało na przeszkody, ale daliśmy radę. Rozpalono postawiony na podłodze palnik gazowy, nad którym dziewczynka trzymała patelenkę prażąc zielone ziarna kawy. Pokój wypełnił się przyjemnym zapachem i odrobiną dymu, który uruchomił czujniki przeciwpożarowe (pogoda nie pozwalała robić tego na zewnątrz). Mężczyźni stanęli przy umieszczonych na suficie czujnikach i zaczęli je wachlować odganiając od nich dym (w końcu udało się je wyłączyć). Zapalono świece i kadzidełka; jeden z Etiopczyków zaczął zaraz zdrapywać z podłogi wosk, który się na nią rozlał. Trochę kawy gotowanej w antycznym dzbanku rozlało się na (nową) wykładzinę przy nalewaniu do maleńkich filiżanek. Ze wszystkich sposobów, na które ludzie niszczą domy socjalne, ten musi należeć do najprzyjemniejszych.
(Jak widać, ceremonia odbywała się pod włączonym telewizorem, a - czego już nie widać - Etiopka ją wykonująca momentami rozmawiała przez komórkę jednocześnie drugą ręką wykonując czynności przy kawie.)
Całość trwała kilka godzin; kawę zagotowano, powoli, trzykrotnie, podając ją, mocno osłodzoną, w małych filiżankach. Była świetna, tak, że nawet ja, pijąca na co dzień raczej herbatę, umiałam to docenić. Podano egzotyczne, ostre jedzenie, które się jadło palcami (z powodu niezdarności nie przyzwyczajonych do tego nas miejscowych wykładzina ucierpiała ponownie). Do domu zeszli się mieszkający w Nowej Zelandii już dłużej poprzedni uchodźcy i dom wypełnił się może trzydziestoma osobami, jeśli wliczyć biegające po nim dzieci. Nas, wolontariuszy, posadzono na najlepszych miejscach na kanapie i obsługiwano w pierwszej kolejności. Nawiązywaliśmy znajomości z mówiącymi dobrze po angielsku, zasiedziałymi Etiopczykami, którzy zaoferowali pomoc przy naszych zadaniach, na przykład dowożenie nas na spotkania w opiece społecznej, do której trzeba będzie się udać po granty przesiedleńcze.
Spędzenie kilku godzin w “afrykańskim czasie”, gdzie wszystko dzieje się w spowolnionym tempie, z masą miłego gadania, bez pośpiechu, z naciskiem raczej na to, żeby robić, a nie zrobić jest bardzo uspokajające i choć nie jest to dobry pomysł w przypadku działań biznesowych, to życia rodzinnego i towarzyskiego Zachód mógłby się od tych ludzi uczyć.