moje poglądy (nie)polityczne
Tuesday, June 29th, 2010Odczułam potrzebę wyrazić swoje poglądy (częściowo wskutek niedawnych kłótni na blogu).
Poglądy gospodarcze mam prawicowe: lubię niskie podatki, brak ceł i koncesji, łatwość (od strony przepisów) i taniość prowadzenia działalności gospodarczej, uważam, że nastawione na zysk przedsiębiorstwa są zasadniczo wydajniejsze w dostarczaniu usług niż państwowe monopole i lubię mieć wybór tego, za co i komu decyduję się płacić. Jednocześnie rozumiem, że prawa wolnego rynku działają doskonale tylko w warunkach tzw. rynku doskonałego (teoretyczne pojęcie z ekonomii), który w życiu rzadko występuje i że takie skrzeki rzeczywistości jak koszty transakcji, nierówność dostępu do informacji itp. mogą powodować wynik gorszy od optymalnego przy puszczeniu wszystkiego na żywioł (przykładowe case study na postawie aucklandzkich taksówkarzy opisałam tutaj) i nie jestem przeciwko regulacjom, gdy przynoszą korzyść wszystkim zaangażowanym lub ich dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom, lub gdy są wyrównaniem sytuacji - nie podobają mi się na przykład działania MFW, który zmusza kraje biedne do zniesienia ceł wtedy, gdy kraje bogate utrzymują wysokie cła na produkty, które te kraje biedne mogłyby eskportować. Nie lubię równania w dół i karania uczciwego sukcesu, jestem zagorzałą słuchaczką audycji radiowej Dave’a Ramseya.
Z drugiej strony całkowicie obce jest mi wiele poglądów prawicy ideologicznej, zwłaszcza polskiej (nowozelandzka jest ok). Bardzo nie lubię rasizmu i nacjonalizmu, czyli uprzedzenia wobec jednostki na podstawie mitycznych, historycznych lub statystycznych tez bądź faktów dotyczących zbiorowości, do której ta jednostka się zalicza, stosowania odpowiedzialności zbiorowej i innych form nie traktowania każdego człowieka indywidualnie. Nie lubię seksizmu - znów, podobnie jak w przypadku rasizmu, poglądu, że konkretna kobieta coś robi lepiej/gorzej lub coś powinna albo czegoś nie powinna tylko dlatego, że jest kobietą, a nie z powodu cech czy pragnień osobistych (to samo dotyczy mężczyzn). Jednocześnie wiele współczesnych feministek z gatunku dopatrujących się symbolu fallicznego w matematycznym i uważam za idiotki (choć mam masę podziwu i poparcia dla pierwszych sufrażystek, które wywalczyły prawo do głosu, wyższego wykształcenia i swobody wyboru zawodu). Patrzę z pełnym szacunkiem zarówno na wybór zajmowania się domem na pełny etat, jak i na wybór nie posiadania rodziny czy dzieci i poświęcenia się karierze. Uważam, że ludziom, którzy nie ze swojej woli (np. przez pechowe urodzenie, chorobę czy klęskę żywiołową) znaleźli się w dołku tego rodzaju, że trudno się z niego wygrzebać o własnych siłach, warto pomóc, choćby (pomijając motywy humanitarne) dlatego, że posiadanie getta w mieście czy milionów sfrustrowanych i ekstremizujących się nędzarzy w biednych krajach może spowodować koszty w postaci przestępczości, terroryzmu, łatwo rozprzestrzeniających się chorób itp. większe niż to, co się wyda na prewencję. Jestem nie przekonana co do powodowania zmiany klimatu przez człowieka, ale poza tym ochrona przyrody jest celem, który popieram, ze zdrowym rozsądkiem i uwzględnieniem potrzeb ludzi. Nie obchodzi mnie to, w jaki sposób ktoś uprawia seks, o ile nie dzieje się to z naruszeniem wolności uczestnika/ów (lub na oczach nie życzących sobie tego widzów) i uprzedzenia z powodu tych gustów są dla mnie równie niezrozumiałe jak uprzedzenia z powodu gustów kulinarnych. Podoba mi się stykanie się z różnymi kulturami i ideami, bo to czyni życie ciekawszym.
Nie podoba mi się dawanie pierwszeństwa emocjom i symbolom przed praktycznością i troską o toczące się w teraźniejszości życie - pisałam jakiś czas temu, że podobało mi skrytykowanie przez publikę nowozelandzką polityka, który przerwał ważną misję handlową dla uczestnictwa w pogrzebie żołnierzy, którzy rozbili się w drodze na uroczystości patriotyczne. Jestem w obozie uważających, że misje handlowe są ważniejsze od zmarłych, którym się przez gesty nie pomoże. Polska frustrowała mnie brakiem zainteresowania ludzi “nudną” gospodarką i okolicami, połączonym ze skłonnością do bezproduktywnych i w końcu zwykle prowadzących do konfliktów uniesień. W przypadku różnic, wolę skupić się na tym, co łączy i zabrać się razem do jakiejś przynoszącej dobre skutki roboty lub obustronnie pożytecznej wymiany opinii, zamiast kłócić się o to, co nienamacalne.
Podsumować to mogę jako pragmatyzm, indywidualne rozważanie jednostek i sytuacji bez automatycznego stosowania wynikających z ideologii uogólnień. Jest to, jak dawno zauważyłam, nie po drodze z jakąkolwiek stroną sceny politycznej (głosuję, nie patrząc na etykietki, na tych, których pomysły i ludzie mnie w danej sytuacji bardziej przekonują, w ostatnich wyborach była to National) i moja postawa regularnie wywołuje nieporozumienia z powodu milczącego przyjmowania przez ludzi, że moje poparcie dla jakiegoś elementu, który - przypadkiem - stał się składnikiem jakiegoś większego gotowego zestawu opatrzonego etykietką, oznacza poparcie dla owego całego zestawu. Tak nie jest.
Na razie tyle, może kiedyś rozwinę podpunkty.