oni nas kotem, a my ich płazińcem, czyli wojna biologiczna
Saturday, March 28th, 2009Kto czytał opis Fiordlandu z linka w poprzednim wpisie, może pamięta, że we Fiordlandzie spustoszenie sieją gronostaje. Poza tym w Nowej Zelandii niszczą przyrodę oposy, a koty są odpowiedzialne za to, że symbol narodowy - ptak kiwi - był na granicy wyginięcia. Wszystko to są gatunki sprowadzone tu przez ludzi z innych części świata, nie przewidziane w tutejszym ekosystemie.
Nowa Zelandia się odwzajemnia. Szkoci przywlekli sobie stąd płazińca zwanego fachowo Arthurdendyus triangulatus (nie udało mi się znaleźć polskiej nazwy potocznej), który zżera dżdżownice skuteczniej niż tamtejsze gatunki żywiące się dżdżownicami, np. krety, prowadząc do wymierania tych gatunków na “zainfekowanym” obszarze i zmniejszając żyzność gleby.
Przyroda jest strasznie zaściankowa. Składa się z wielu odizolowanych ekosystemów, które wypracowały sobie wewnętrzną równowagę opartą na założeniu, że nie pojawi się nic nowego z zewnątrz (ani nie zmieni się klimat). Im dłużej odizolowany był taki ekosystem, tym bardziej jest kruchy i nieodporny na obce elementy, bo jego uczestnicy mieli czas się skrajnie wyspecjalizować w tym, co potrzebne i całkowicie zatracić to, co “niepotrzebne”, zatracając elastyczność. (Ptaki kiwi nie były zagrożone przez nic biegającego po ziemi, zagrażały im tylko drapieżne ptaki polujące z powietrza, przeciwko którym najlepszą strategią było siedzieć cicho i się nie ruszać, licząc na bycie nie zauważonym - strategia, którą kiwi stosują też wobec kotów… z przewidywalnymi skutkami).
Mam wrażenie, że wiele osób zajmujących się amatorsko ekologią tego nie rozumie - ci od mistycznej teorii Ziemi jako jednego wielkiego, żywego, świadomego organizmu i ci chcący chronić wszelakie zwierzątka przez skrzywdzeniem, zwłaszcza te milutkie. W Nowej Zelandii ochrona przyrody polega w dużej części na zabijaniu zwierząt i chwastów nieostrożnie przywleczonych tu przez człowieka.