i tak, po latach, rozpracowałam działanie miejscowej biblioteki…
Friday, February 26th, 2010Zorientowałam się, jak zdobywać z biblioteki książki, które nie są książkami kucharskimi, podejrzanymi ideologicznie poradnikami i trzeciorzędnymi kryminałami czy romansidłami. Otóż można zamawiać je sobie online i sprowadzą je dla ciebie z innej biblioteki, a jeśli wszystkie egzemplarze są wypożyczone, ustawią cię w kolejce. Po jedną z wybranych książek jestem w kolejce dwudziesta druga, a po inną trzydziesta szósta, co przy miesięcznym terminie jednego wypożyczenia (z możliwością przedłużenia) oznacza ponad trzy lata. System ten, jak widać, pozwala na długofalowe planowanie swojego czytelnictwa.
Takie zażądanie zarezerowania konkretnej książki kosztuje dolara, płaconego przy odbiorze. Oznacza to, że biblioteka jest w praktyce płatna (choć symbolicznie), bo bez tego systemu rezerwacji ma się do dyspozycji tylko to, co leży na półkach, a - poza albumami, o których kiedyś z ciepłem wspomninałam - większość tego jest takie sobie; wszystko, co dobre, jest rozchwytywane przez zorientowanych w systemie kolejkowiczów i zarezerwowane na miesiące do przodu. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam niską jakość tytułów na bibliotecznych półkach, źle pomyślałam o użytkownikach, zakładając, że to jest to, co ich interesuje i biblioteka odpowiada na zapotrzebowanie. Jest na odwrót: to jest to, co ich nie interesuje. Oto jak się można pomylić w ocenie nie znając miejscowych obyczajów…