jak doprowadzić widownię do wyobrażenia sobie martwego słonia bez jakiegokolwiek wspominania o nim

Widziałam dzisiaj kolejny raz kapa haka, w wykonaniu zespołu ze szkoły średniej. Starali się.

Haka to taniec wojenny, który w dobrym wykonaniu potrafi przerazić, ale w wykonaniu nie tak dobrym łatwo ociera się o śmieszność i wciskanie haka do każdej możliwej oficjalnej czy pół-oficjalnej okazji - w tym wtedy, gdy nie można sobie pozwolić na profesjonalny zespół - odziera je z wyjątkowości. Ja zostawiłabym haka odgrywane wobec publiczności nie maoryskiej na mecze, przywitania zagranicznych dostojników, ceremonię nadawania obywatelstwa, obchody Waitangi Day i tym podobne sytuacje, a nie na każdą imprezę w remizie strażackiej (lokalnym odpowiednikiem jest War Memorial Hall) - jeśli ludność w spontanicznym porywie zechce ją zatańczyć, to w porządku, ale doprowadzanie do znudzenia tym świetnym tańcem przez zmuszanie do jego nazbyt częstego oglądania mu szkodzi.

Widziałam też dzisiaj bębniarzy z Burundi. Każdy miał duży bęben i dwa patyki i walili tymi patykami w swój bęben szybko, na przemian jednym i drugim patykiem, w równych odstępach; główny bębniarz stojący z przodu czasem przerywał, wykonywał kilka podskoków i krzyczał coś do reszty bębniarzy, a oni mu odpowiadali jednogłośnym, niezrozumiałym okrzykiem, po czym wszyscy wracali do jednostajnego bębnienia. Wyglądało to jak hałaśliwy protest pod ambasadą. Widownia siedziała dość osłupiała, ale występujący tylko się rozgrzewali. Po kwadransie pozbawionego artyzmu łomotu zaczęli wprowadzać wariacje i nowy dźwięk (tworzony przez uderzenie bębna z boku). Rytm stał się odrobinę bardziej skomplikowany, bębniarze byli doskonale skoordynowani i wzbudzili pewien podziw tym, że pamiętają, gdzie uderzyć; audio było jednak wciąż wielkim łomotem, który przeciągał się, a artyści nie przejawiali chęci zakończenia, tylko coraz głębiej wpadali w trans i walili w swoje bębny z wielką siłą.

Widownia po pół godzinie zaczęła się wiercić i spoglądać łakomie na jedzenie rozłożone na stołach, do których będzie można podejść po zakończeniu części artystycznej, a organizatorzy zaczęli nerwowo konferować w kątach sali. Ktoś skomentował: Czyżby im nikt nie powiedział, że występ trwa cztery godziny? Alex powiedział, że ma tytuł: Zmiękczanie Mięsa Zabitego Słonia. W końcu udało się bębniarzy uprzejmie ściągnąć ze sceny. Bawiłam się świetnie, nie tyle bębnami, co całością sytuacji. Nie ma to jak amatorskie programy artystyczne, do których się ściąga, kogo się ma.

Było tego więcej, ale nic z powyższego nie zepsuło wieczoru, bo widownia składała się z osób, które się znały i chciały się spotkać.

Na ostatnim przedstawieniu w teatrze z kolei wynudziłam się. Mamy karnety do Silo (tutejszego “Współczesnego”) i nauczyłam się, jak zidentyfikować dobrą sztukę: po odległości miejsca urodzenia i zamieszkania autora.

Nie żartuję. Jeśli autor jest miejscowy, to z dużym prawdopodobieństwem teatr wystawia sztukę, żeby pomóc koledze - w tutejszym małym środowisku wszyscy się znają. Potem są sztuki australijskie - jak ta, na której się wynudziłam - których wybór też jest chyba dyktowany patriotyzmem regionalnym. Autor bez związków z Oceanią gwarantuje lepszy poziom, a jeśli sztuka jest przetłumaczona z języka obcego, to jest szansa, że będzie świetna.

4 Responses to “jak doprowadzić widownię do wyobrażenia sobie martwego słonia bez jakiegokolwiek wspominania o nim”

  1. TaKam Says:

    To przykre, że się wynudziliście na amatorskich przedstawieniach. W celu informacji o tzw. wysokiej kulturze, zajrzyjcie na stronę internetową Auckland. Od 8 mlipca trwa Międzynarodowy Festiwal Filmowy i potrwa do 25 lipca. W ABS Theatre wystawiają balet “Carmen”, w dniach 7-10 lipca, czyli dzisiaj jest szansa. Z tym wzajemnym wspieraniem lokalnych autorów to znana sprawa w Nowej Zelandii. Mówiła o tym Jane Campion przy okazji wspominek o domu rodzinnym. Jej rodzice byli aktorami teatralnymi.
    A swoją drogą łatwo jest być recenzentem w NZ. Przy nastawieniu, że “wszystko co pochodzi zza dalekiego oceanu musi być dobre, to po wyjściu ze spektaklu, oceniając sztukę np. Trumana Capote, lub współczesnego mistrza z “nazwiskiem”, każdy może wtrącić: znakomite, wysublimowane”, albo “autor wspaniale zbudował niezwykle złożoną postać” itp, itd. Do tego kilka banałów o scenografii oraz zachwyt nad aktorem i recenzja gotowa.

    KAPA HAKA to nie tylko taniec wojenny, ale również powitalny, wykonywany przez mężczyzn, czasami wspólnie z kobietami. Z Haką jest tak jak z hymnem, czasami ktoś zafałszuje. Trudno powiedzieć dzieciakom, żeby nie śpiewali. Trudno też zabronić wykonywania Haka przy powitaniu lub szkolnych uroczystościach. Maorysi wyrażają w nim swoją tożsamość. Jeżeli to były jednak białe dzieci, to rzeczywiście śmieszne, chociaż praktykowane.
    Chętnie byśmy dużo pozmienialiw życiu innych, ale na szczęście nie zawsze mamy na to wpływ.

  2. immona Says:

    Kiedy haka jerst tańcem powitalnym, uczestniczy w nim druga strona - podniesienie z ziemi piórka nie spuszczając wzroku itp. Ale chyba trzeba pomieszkać w NZ, żeby zrozumieć zjawisko przesytu haka. Polskiego hymnu narodowego w Polsce absolutnie nie słyszałam z taka częstotliwością i nikt nim nie uświetniał np. meczu między dwoma szkołami podstawowymi czy imienin cioci.

    Teza o odległości urodzenia autora nie wynika z jakiegoś antynowozelandzkiego snobizmu. Po prostu po pójściu na odpowiednio wiele przedstawień (do wspomnianego we wpisie teatru chodzimy na wszystko, chodzimy też do innych) nie dało się, normalnie się nie dało nie zauważyć tej zależności. :D (Wbrew recenzentom, którzy z reguły dają tym lokalnego pochodzenia sztukom dobre recenzje).

  3. TaKam Says:

    Przsyt tożsamością innego człowieka? Jeżeli odbieramy Haka jako przestawienie, rzeczywiście niektóre osoby po kolejnych obejrzeniu może nużyć. Wykonujących ją Maorysów i sporej liczby białych urodzonych w NZ napewno nie.

  4. TaKam Says:

    Jeszcze o Haka. Poprawiłem tylko Twoje stwierdzenie: ” Haka to taniec wojenny”. Z ziemi podnosi się także liść paproci…

Leave a Reply