ryzykowny brak ryzyka
Jeden z moich ulubionych blogerów napisał jeszcze ciekawszy niż zazwyczaj post. Jego główna teza to:
To chcący uniknąć ryzyka, […] wymyślający sposoby na to, żeby inni przejęli ryzyko, które powinno być ich własne zawalili wszystko. W dawnych czasach, jeśli jeden facet pożyczał drugiemu facetowi pieniądze na dom, przyjmował cios, jeśli pożyczkobiorca tego nie spłacił, tak jak to zamierzali Bóg i Adam Smith. Nie dzisiaj. Gdy dziś pożyczkobiorca nie jest w stanie zapłacić, bankierzy nie przejmują się, bo dawno sprzedali dług innemu finansiście, który połączył go z setką innych kredytów i skroił z tego obligacje o niskim ryzyku, odpowiednie dla [najbardziej wystraszonego] inwestora.
Autor łączy (sarkastycznie) unikanie ryzyka z sytością i amerykańskim obżarstwem, ponieważ przeprowadzono badania wskazujące, że ludzie głodni są bardziej skłonni do ryzyka (nawet nie mającego bezpośredniego związku ze zdobyciem jedzenia).
Choć sprowadzanie kwestii do jedzenia jest uproszczeniem (zresztą nie wziętym na poważnie), to duży zasób skłonności do ryzyka w społeczeństwie sprzyja przedsiębiorczości (i przestępczości, ale państwo powinno uczynić tę opcję możliwie nieatrakcyjną).
Zastanawia mnie w tym świetle polityka imigracyjna NZ. Podobnie jak USA, kraj ten został zbudowany przez ludzi z dużą skłonnością do ryzyka - żeby w dawnych czasach wsiąść na statek i płynąć kilka miesięcy w nieznane pustkowie z nie zawsze przyjazną ludnością tubylczą i praktycznie brakiem możliwości powrotu, trzeba było być strasznym ryzykantem i ta naturalna autoselekcja wyszła stworzonym w ten sposób krajom na dobre.
Dzisiejsza polityka imigracyjna skupia się na sprowadzaniu ludzi z kwalifikacjami zawodowymi, mających dobre szanse dostać zatrudnienie u kogoś. Są to ludzie, którzy wybrali utartą, unikającą ryzyka ścieżkę do względnego komfortu - poprzez wykształcenie i zatrudnienie. Są potrzebni i nieproblematyczni (my jesteśmy ich typowym przykładem), ale wraz z ich przypływem średnia skłonność do ryzyka w społeczeństwie raczej maleje niż rośnie (też jesteśmy typowym przykładem - nie skaczemy na bungee). Może na dłuższą metę jest to groźniejsze, niż się wydaje.
July 12th, 2010 at 1:17 am
Dobre spostrzezenie (chodzi mi glownie o aspekt ekonomiczny). Dodalbym jeszcze pare kwestii:
- wszystkie panstwa majace deficyt handlowy zyja na kredyt, czesto na “wieczne oddanie”. Placa za importowane towary pieniedzmi, ktore predzej czy pozniej do nich wracaja w formie wykupu obligacji (musza wrocic bo one same w sobie (papier) nie maja zadnej wartosci). Dotyczy to glownie Stanow ale tez Wielkiej Brytanii, EU itd. Zostaje jeszcze kwestia skad sie bierze ten deficyt ale to juz inna historia.
Efekt jest taki, ze na rynku wewnetrznym, np. w Stanach, jest po prostu zbyt duzo pieniedzy. Moga one zostac po prostu wydane (np. na importowane dobra lub chocby wspomniane jedzenie) lub zainwestowane. Inwestorzy probujac ulokowac te nadwyzki “na sile” wywoluja bable (takie jak banka akcji spolek “internetowych”, banka kredytow hipotecznych, byc moze obecny wzrost cen zlota tez jest, przynajmniej w czesci, banka). Cecha wspolna wszystkich babli jest ich sensowny zalazek (ludzie musza uwierzyc, ze to dobra inwestycja), a potem ekspotencjalny wzrost cen gdy inwestorzy wyczuja szanse na ulokowanie swoich nadmiarowych pieniedzy. Nikt przy tym nie jest przesadnie ostrozny bo pieniedzy do ulokowania jest wiecej niz inwestycji. Stad juz prosta droga do wytworzenia mechanizmow o jakich mowa w artykule.
W normalnej sytuacji takie mechanizmy nie mialyby racji bytu - to banki fundusze zabiegalyby o inwestorow, a nie odwrotnie. One sa odpowiedzia na konkretne potrzeby.
- druga sprawa to nadmiar gwarancji i zabezpieczen. Praktycznie wszystkie oszczednosci w bankach sa gwarantowane przez panstwo. To niestety (choc samo w sobie chwalebne) prowadzi do patologii - nikt nie lokuje swoich oszczednosci w banku patrzac na zabezpieczenia jakie on oferuje (zdajac sobie sprawe, ze moze je stracic jesli bank przeholuje). Liczy sie tylko oprocentowanie (zakladajac ten sam poziom uslug), a jedyny sposob w jaki bank moze zaoferowac wyzsze oprocentowanie depozytow to sprzedaz wiekszej liczby kredytow. Presja konkurencyjna prowadzi do tego, ze banki stopniowo zaczynaja obnizaja kryteria otrzymania kredytu, zabezpieczenie finansowe itd.
To oczywiscie spore uproszczenie (moze nie tyle uproszczenie co bardzo maly wycinek). By miec pelny poglad na ekonomie (jak na kazdy inny system sprzezenia zwrotnego) trzeba by zidentyfikowac nie tylko wszystkie sciezki przyczynowo-skutkowe ale tez zobaczyc jak sie one ze soba lacza. Cykle ekonomiczne o narastajacej amplitudzie wskazuja, ze przynajmniej czesc problemow wynika wlasnie ze sprzezenia.
July 13th, 2010 at 4:10 am
Piszesz tak, jakby skłonność do ryzyka była cechą wrodzoną a nie nabytą i zmienną.
July 13th, 2010 at 9:01 am
fieloryb: Skłonność do ryzyka jest zmienna, ale wydaje mi się, że w odniesieniu do dużych ryzyk zmienia się dość powoli, o ile nie jest zagrożone biologiczne przetrwanie i jest dość trwale kształtowana przez wychowanie.
To, co napiszę poniżej, będzie wiedzą anegdotyczną, nie popartą badaniami na szerszą skalę, opinią na podstawie obserwacji grupy ~200 osób - niestety tylko coś takiego mam.
Otóż imigranci, którzy mieli w Indiach czy innym kraju wychowanie typowe dla klasy średniej (awersyjne do ryzyka, skupione na “sprawdzonej” ścieżce wykształcenia, zatrudnienia i oszczędzania), to gdy po przybyciu do NZ - zwykle jako skilled migrant - nie znajdują pracy w zawodzie (dość częste w przypadku ludzi z Indii i Bliskiego Wschodu), to: zatrudniają się gdziekolwiek, oszczędzają jak szaleni, kupują (nie zakładają) działający, sprawdzony biznes lub franczyzę, pracują i oszczędzają, żeby zapewnić dzieciom miejscowe, uznawane tutaj wykształcenie, żeby dzieci mogły powrócić na ścieżkę, z której oni wypadli i zatrudnić się u kogoś. Znam też dwóch ludzi, którzy (osobno) żyją z zakładania małych biznesów (bar obiadowy, sklepik, pralnia, kafejka internetowa itp.), prowadzenia ich przez dwa-trzy lata (często więcej niż jeden naraz), żeby mieć liczby, że zarabia i odsprzedawania ich tym ludziom, którzy chcą mieć już działające i nie ponosić ryzyka związanego z wyborem lokalizacji, oferty itp. Jest to bardzo zyskowna działalność (jeśli ktoś ma wyczucie rynku i umie zakładać firemki, które funkcjonują i zarabiają). Ludzie, którzy to robią, mają zupełnie inny profil niż skilled migrants i dostali się tutaj inaczej. (Były np. czasy, gdy dla dostanie wizy biznesowej wystarczyło wykazać środki na koncie - więc zbierało się pięćset osób, przelewało całą kasę na konto jednego z nich, który wykazywał środki, a potem cała kasa szła na konto następnego…)
Wśród takich, którzy kupili działający biznes, zdarza się wręcz komiczne zachowywanie wszystkiego w originalnej formie, żeby nie popsuć działającego - na przykład cafe, które po byciu kupionym przez ludzi całkowicie pozbawionych żyłki biznesowej, ale z braku innych opcji kupujących sobie pracę zarobkową, nie mają przez kilka lat nawet najmniejszej zmiany w menu. Nawet, gdy o to proszą regularni klienci, a zmiana polega na wprowadzeniu do menu omleta, który można zrobić w ciągu chwil z będących i tak na składzie jajek.
July 14th, 2010 at 7:06 am
Hmmm, jestem zaskoczony, że osoby, które przybywają ze statusem “skilled migrant” miewają problem ze znalezieniem pracy. To często się zdarza?